Jest to normalne, że chce być dziewczyną

Jak to jest być dziewczyną zawsze uśmiechniętą? Wszyscy znamy ludzi, na których twarzach zawsze gości uśmiech. ... jest tak, że czasami mój śmiejący się umysł chce krzyczeć! Chandra, która jest panią mojego umysłu zamieniłaby się chętnie w radość i melancholię. Ja nie jestem inna od wszystkich. Dodam że gościu ma być świadmiem u nas na ślubie i z tego pretekstu ona się z nim spotyka bo przecież on jest naszym świadkiem, dla mnie to śmierdzi na kilometr i normalne nie jest takie zachwalanie dodaktowo jeszcze jak byliśmy sam na sam na jednym festiwalu muzycznym to ona mi powiedziała że jacy tutaj napakowani kolesie chodzą itd. Jestem przyjaciółką, chcę być dziewczyną? Czy mam jeszcze szansę? Znam go ponad rok,jesteśmy ze sobą dość blisko,zakochalam się,ale on mnie zawsze traktował jak przyjaciółkę.Wiedział,że chcę z nim być,bo to zawsze okazywałam,byłam zazdrosna jak rozmawiał z inną itp.Pewnego dnia jak się przestałam do niego odzywać,bo jakaś inna dziewczyna miła na niego chrypkę,to ... Pewnym głosem mówiła, że nie chce być dziewczyną. Dopiero później, gdy zaczęła mówić mi jak się czuje, z jej oczu popłynęły łzy. I z moich też. Siedziałyśmy i płakałyśmy. Powiedziałam to, co mogłam powiedzieć w tej sytuacji. Powiedziałam, że jej nie zostawię, że coś wymyślimy, że znajdziemy rozwiązanie z tej ... Musisz być pewny, że jej zachowanie nie jest zupełnie przypadkowe, jeżeli regularnie się powtarza. Zgaduję, że właśnie tak jest, ponieważ właśnie czytasz mój artykuł i szukasz odpowiedzi na swoje pytanie. Zanim jednak przedstawię Ci najczęstsze powody jej zachowania, chce abyś był pewny jednej rzeczy: Czasami chciałabyś być chłopakiem? 2010-02-27 13:48:38; Czy to normalne że czasami 11 mają dzieci? 2013-11-07 14:58:56; Czy to normalne, że chce czasami wyżucić młodszą siostrę za okno? 2011-06-23 09:22:47; Czy to normalne że będąc chłopakiem (14lat.) chciałbym czasami (często :) przytulić się do dziewczyny? 2012-08-31 23:50:13 16 znaków, że jesteś dziewczyną z odbicia, która jest wykorzystywana na dobrą zabawę. Niewiedza, że jesteś dziewczyną z odbicia w związku, jest do bani. Przez cały ten czas myślisz, że naprawdę cię lubi i przerodzi się w coś poważnego. W międzyczasie, on nigdy nie planował być z tobą czymś więcej niż zwyczajnym. Autor Artykułu: Paweł Grzywocz Jego misją jest ochrona mężczyzn przed brakiem jakichkolwiek randek z powodu naiwnego zaczepiania kobiet na ulicy. Nie robi na nim wrażenia zdobycie nr tel. w 3 minuty, tylko fakt, czy kobieta przychodzi na spotkanie. Jako jedyny głosi niewygodną prawdę, że to kobiety wybierają oraz 2 na 5 kobiet to 'profesjonalne randkowiczki', które chodzą na ... Ona cały czas deklaruje Ci swoją miłość i oddanie, jednak Ty bardzo mocno czujesz, że jednak coś jest nie tak. „Dziewczyna zastanawia się czy chce ze mną być – czy to normalne?”, „Co to oznacza?”, „Czy powinienem dać jej trochę czasu?”. Jeżeli trapią Cię podobne pytania, to trafiłeś w odpowiednie miejsce. Cierpisz, kiedy jest inaczej. Jak wody potrzebujesz pozytywnego odbioru. Chciałabym patrzeć w lustro i widzieć siebie taką, jaką widzą mnie inni. Chciałabym myśleć o sobie dokładnie tak, jak o oni o mnie myślą. Że jestem szczęśliwa…. Wiecie co, jest tak, że czasami mój śmiejący się umysł chce krzyczeć!

Kryzys psychiczny

2019.11.04 17:19 bloomer_from_poland Kryzys psychiczny

Hej Polska
Chciałbym Wam opowiedzieć moją historię kilku ostatnich miesięcy, jako może przestrogę dla innych, może jako naukę, może tylko po to, że mam potrzebę napisać światu o tym przez co przeszedłem. Będę się starał zachować anonimowość, aczkolwiek nie zdziwię się, jeżeli mnie ktoś rozpozna. Jeśli tak będzie, proszę, zachowajcie to dla siebie.
Żeby tylko zarysować - jestem raczej z dobrej rodziny, nigdy mi niczego nie brakowało, jednak nigdy też nie było tak, że dostawałem co będę chciał. Ot normalna rodzina klasy średniej/wyższej średniej. Rozwijam się w zawodzie, o którym marzyłem, od jakiegoś roku mieszkam sam na swoim...
Otóż nie do końca sam, ponieważ do końca czerwca br. mieszkałem z dziewczyną. Byliśmy razem jakieś 4 lata, w tym czasie prawie 2 mieszkaliśmy wynajmując gdzieś mieszkania. Nie zawsze było kolorowo, nie zawsze było tragicznie. Można powiedzieć, że było nijak/dobrze. Mieliśmy nawet dwa koty, co jest istotne w tej historii.
Pod koniec czerwca wróciłem z tygodniowego wyjazdu służbowego. Kolejnego dnia, gdy wróciłem z pracy dowiedziałem się, że moja dziewczyna chce skończyć związek. Przyjąłem to zadziwiająco spokojnie. Nie bez emocji, ale spokojnie, dorośle. Rozstaliśmy się jako przyjaciele. Ona wzięła "nowszego" kota, u mnie został starszy, który był naszym pierwszym wspólnym zwierzakiem, przede wszystkim dlatego, że ona marzyła o kocie.
W ten sposób zacząłem mieszkać sam. Ponownie podkreślam, że nie odczuwałem tego jakoś bardzo. Prawdopodobnie dlatego, że miałem dużo roboty na głowie. Poznałem kilka osób, niektóre bardzo blisko, jednak wszystko okazywało się tylko przelotnymi znajomościami. Zacząłem palić papierosy. Paczkę dziennie, czasem półtorej. Osoba, która z papierosami nigdy nie miała wspólnego. Zarabiam w końcu swoje pieniądze, kto mi zabroni. Poza tym ja nie jestem uzależniony, mogę w każdej chwili przestać.
Życie właściwie zaczęło mi się sypać we wrześniu, kiedy poszedłem na urlop. Przez bity tydzień siedziałem w chacie, paliłem papierosa za papierosem i jadłem żarcie na dowóz. Grałem w gry na kompie myśląc, że to mój wymarzony czas wolny. W końcu nie ma pracy, nie ma dziewczyny, która stałaby mi nad głową. Nie muszę się martwić o gotowanie, bo przecież zarabiam swoje pieniądze i przecież jakbym gdzieś na ten tydzień wyjechał, to wydałbym więcej. Zacząłem przy okazji tyć w oczach. W tym samym czasie zacząłem tracić kontrolę nad swoim otoczeniem. Zaczęły rosnąć sterty śmieci, brud zaczął zachodzić grubą warstwą w łazience i w kuchni.Nie wychodziłem wyrzucać śmieci do głównego kosza. Co więcej, nawet się nie fatygowałem, żeby wyrzucać je do worka na śmieci. Ale nie zwracałem na to uwagi, myślałem, że to olewam.
Potem zaczęło to wchodzić na moją psychikę. Życie jakby wymykało mi się spod kontroli. Zawsze się śmiałem jak w The Sims bałagan wokół postaci wpływał na ich morale, zaś wtedy zrozumiałem jak bardzo to mnie niszczy. Zaczęły też do mnie docierać wydarzenia z czerwca. Zacząłem wpadać w inne używki i robić rzeczy, których normalnie bym nie robił tj. pisanie do każdej możliwej dziewczyny na Tinderze, bycie bardzo bezpośrednim. Dla niektórych może to być normalne, dla mnie to był kompletnie inny świat. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że starałem się wypełnić pustkę po mojej dziewczynie, jakoś się dowartościować, może podświadomie zemścić. Byłem w totalnym amoku. Trwało to jakiś tydzień, może dwa. Ja zaś czuję jakby to trwało od czerwca. Warte podkreślenia jest to, że w tym czasie chodziłem do psychologa, jednak nie pomagał mi on w tym, co się aktualnie ze mną działo.
Być może wyda Wam się to trochę dziwne, ale tę serię niefortunnych zdarzeń przerwał niejako u mnie film Fangottena o tzw. doomerach. Z jego filmu trafiłem na filmy anglojęzyczne, gdzie znalazłem film jak chłopak opowiada o swojej drodze z doomera do bloomera. Po obejrzeniu i przeczytaniu komentarzy pod filmem trafiłem na informację, że niektórym ludziom w wyjściu z gówna pomaga stoicyzm i, co najbardziej mnie załamało, ogarnięcie porządku wokół siebie. W tym momencie uświadomiłem sobie, że gromadzący się wokół mnie syf jest objawem, ale też elementem, który jeszcze bardziej mnie pogrążał.
Czytałem o stoicyzmie i szczerze powiedziawszy, dla mnie ta filozofia zaczęła działać. Przede wszystkim założenie, że są rzeczy od nas zależne i od nas niezależne. Z niezależnymi nic nie zrobimy, więc nie warto się nimi w danym momencie zamartwiać. Zaś jeśli chodzi o zależne od nas: jeżeli jesteś w zagraconym mieszkaniu, masz dwie opcje: albo nic nie robić, dalej w tym żyć i zaakceptować wpływ tego na moją psychikę, albo w końcu posprzątać. Idiotycznie proste, prawda? Ale ja tego nie wiedziałem. A może wiedziałem, ale potrzebowałem to przeczytać. Wpłynęło na mnie z tej filozofii również to, że to ode mnie zależy jakie wrażenie coś na mnie zrobi. W każdym razie...
Piszę to w momencie, kiedy umyłem sedes, co uważam za wielkie osiągnięcie... Niby tylko porcelana, nad którą spędzacie kilka chwil w ciągu dnia, a jednak dla mnie to w tym momencie bardzo dużo. Wczoraj był pierwszy dzień od wielu miesięcy, kiedy jadłem owoce. Dużo owoców... Winogrona, banany, mandarynki... Możecie mi wierzyć albo nie, ale mam łzy w oczach pisząc ten fragment o owocach. Używki odstawiłem wszelkie. Tak jak wcześniej tylko "próbowałem" rzucić papierosy, tak po tym przejściu czuję do nich odrazę. Do wszystkich innych też. Posprzątałem mieszkanie i powiem Wam, że nie ma piękniejszego zapachu unoszącego się w domu od aromatu Pronto na świeżo wyczyszczonych meblach.
Wracając jednak do kota, z nim mam jeszcze duży problem. Kocham ją (kota) i ona kocha mnie, jednak kiedy na nią patrzę, myślę o tym jak moja była dziewczyna za nią tęskni. I tego nie potrafię jeszcze rozwiązać, a sprawia to spory ból. Ale wierzę, że teraz będzie tylko lepiej. Zrozumiałem też, jak bardzo samotnym człowiekiem jestem. W moim bezpośrednim otoczeniu nie mam nikogo. To jest druga rzecz, z którą się w tym momencie param.
Myślę, że jestem na dobrej drodze do bycia szczęśliwszym człowiekiem. Potraktujcie to wszystko jako przestrogę. Może kiedy będziecie w podobnej sytuacji, zaczniecie zauważać zależności i zobaczycie, że wpadacie w bajoro. Ale pamiętajcie, zawsze jest jakieś wyjście. Pisałem to z zamysłem, że zobaczę jakąś swoją wielką przemianę, jakieś boom, kiedy stałem się szczęśliwym. Teraz widzę, że jest to jednak proces bardzo stopniowy.

Ale zmierza w dobrym kierunku :)

Dużo zdrówka Polska, szczególnie tego psychicznego.
submitted by bloomer_from_poland to Polska [link] [comments]


2018.06.26 23:02 Arald98 Moja siostra była na medycynie, ale Jerzy Zięba ją nawrócił…

Altmedy – to dla Was. Na request jednego z ananiaszy. Moja siostra (lat 23) była całkiem spokojną i pracowitą dziewczyną. Studiowała medycynę, ciężko zakuwała po nocach, regularnie uczęszczała na wykłady, nauka ją pasjonowała, chciała nieść pomoc innym, co w połączeniu z jej olbrzymim głodem wiedzy dawało szansę na interesujące, męczące, ale satysfakcjonujące życie. Byłem z niej dumny, podobnie jak rodzice. Miała dobre wyniki i z olbrzymim zapałem opowiadała o nowych rzeczach, które poznawała na zajęciach. Oczywiście nic nie rozumiałem i zawsze patrzyłem na nią wymownym wzrokiem, prosząc o wyjaśnienie jakiejś kwestii, którą akurat omawiają na wykładach, w sposób zrozumiały dla osoby niezwiązanej z tematem. Ona wtedy starała się jak tylko mogła, używała porównań, rezygnowała z trudnych wielosylabowych słów, które dla niej stały się normą. Chciała skończyć studia i ruszyć na specjalizację. Zdecydowała, że wybierze wtedy albo onkologię, albo radiologię, albo kardiochirurgię, zależy, gdzie będzie mogła. Miała plany, ambicje i zapał. No i się spierdoliło, ku olbrzymiej żałości całej rodziny. Ale zacznijmy od początku. Na ostatnie święta przyjechał do nas wujek. Rodzice go bardzo lubili. Ja niespecjalnie. Rzucał nieustannie żarty, które wywoływały u mnie srogi cringe, zwłaszcza te o kobietach. Wujek Tadzio zawsze śmieszkował. To były pierwsze święta spędzone z nim od czasu, gdy moja siostra zaczęła studia medyczne. Postanowił zatem przygotować dla niej specjalny prezent. Podarował jej książkę zawiniętą w ozdobny papier i zaznaczył, żeby go rozerwała dopiero wtedy, kiedy on wyjedzie. Nie mogłem specjalnie domyślić się, co za prezent wujcio wymyślił dla Dorotki. Rzucił tylko „HEHE NO TO CIEKAWE CO POWIESZ NA PEWNO WIĘCEJ SIĘ Z TEGO DOWIESZ NIŻ Z TEGO TWOJEGO UNIWERKU HEHE”. Przypuszczałem więc, że książka była poświęcona czemuś lekarskiemu. „Jak czytać EKG”? Najnowsza „Biochemia Harpera”? A może farma – techniki odmierzania leków albo receptury? Żeby było jasne – lekarzem nie jestem, nie będę i być nie chcę. Ja po prostu widzę półkę na książki Dorotki i patrzę sobie czasami z nudów, co jest w nich napisane, ale po kilku stronach mam już dość. Więc mniej więcej ogarniam, jakie tytuły studenciaki czytają. Tadzio mimo wszystko był dosyć nieprzewidywalny. Zdarzało mu się, że zakładał na głowę czapkę z folii, pierdolił coś o reptilianach, wyrzucił całą elektronikę, żeby go „Zuckerberg nie śledził” (dzięki temu przynajmniej dostałem na własność niemal nietkniętego smartfona). Teraz chyba się już ogarnął i zrezygnował z tego poszukiwania spisku wszędzie, gdzie tylko się da. Tak czy siak, wujcio wyjechał, a siostra postanowiła otworzyć prezent. Byłem przy tym. Rozerwała papier i zobaczyliśmy okładkę, na której widniał tytuł: „Ukryte terapie. Czego ci lekarz nie powie”. Od tego się zaczęło. Siostrzyczka zaczęła czytać sobie rano po kilka stron przed porannymi zajęciami. Wstawała wcześnie, więc mogła sobie pozwolić na krótkie czytanki. Nie znała autora książki, ja o nim nie wiedziałem nic, poza tym, że publikuje jakieś nudne filmy na YouTube. A też Dorotka chciała poczytać sobie coś lżejszego, coś, co jest związane z lekarskim fachem i nie jest ciężką literaturą medyczną. Mijały dni, coraz mniej ochoczo opowiadała o tym, czego się nauczyła. Coś ją tknęło, ja to czułem. Bałem się, że obniży sobie poprzeczkę, tak świetnie sobie radziła, dlaczego miałaby przestać? Więc sam zadawałem dużo pytań, chciałem wyciągać od niej wiadomości w nadziei na to, że znowu będzie taka, jak kiedyś. Zamykała się wtedy w pokoju i prosiła mnie, bym jej nie męczył. Gdy po jakimś czasie pukałem i wchodziłem, dostrzegałem ją leżącą na łóżku z „Ukrytymi terapiami” w rękach. Gdy pewnego dnia przyłapałem ją na masturbowaniu się do książki, wiedziałem, że coś jest nie tak. Stękała jak pojebana, słychać ją było na cały dom. Dorotka wstąpiła na Facebookową grupę poparcia dla pana Z., autora „Ukrytych terapii”. Rodzice nie mają Facebooka, więc tylko ja widziałem, co ona odpierdala. Zaczęła pisać posty na swojej tablicy, w których wychwalała wszelkiego rodzaju metody leczenia, które dla mnie, jako laika, wydawały się, delikatnie mówiąc, dziwne. Podam przykłady: wlewy z wody utlenionej, powiększanie cycków za pomocą hipnozy (kek), rezygnacja z Wi-Fi jako głównej przyczyny niepłodności u dziewczynek. Każdy taki post podpisuje klauzulką, że jest studentką medycyny, która postanawia dopuścić do swojej nauki metody niekonwencjonalne, jako zdrowsze, skuteczniejsze i w wielu przypadkach jedyne możliwe do zastosowania. Jej znajomi z uczelni zawsze rzucali pod takimi postami komentarze typu „stara, ogarnij się, obejrzyj se PubMed, przecież w tej bazie jest wszystko, co tylko wiadomo o współczesnych naukach medycznych, jak możesz takie bzdury głosić jako przyszły lekarz!?”. Ona z kolei odpowiadała bezsensownymi argumentami typu: „stary, obejrzyj se rosyjski film „Woda – wielka tajemnica”, może się nauczysz i też zaczniesz rozmawiać ze szklanką i jej dziękować, zanim weźmiesz łyka wody. Ludzie nie doceniają tej substancji i tego, że należy jej się szacunek, również werbalny”. Kontaktowała się z innymi ludźmi na grupce, którzy myślą podobnie, nawiązała znajomości, a kamraci traktowali ją jak autorytet, „lekarza, który się nawrócił”. Pachniało mi to lekkim sekciarstwem. Może przesadzam, nie wiem. To chyba normalne, że twój członek rodziny stawia na biurku szklankę wody, a następnie rozkłada specjalny dywanik na podłodze i oddaje naczyniu 14 pokłonów (sam liczyłem). Kiedy zaczyna się jakikolwiek shitstorm w komentach pod kontrowersyjnymi postami Dorotki, natychmiast pojawia się typ albo dwóch którzy biorą jej stronę, zarzucając oponentom niedouczenie, ignorancję, wyzywając ich od „kitli”, „prowacków”, „sprzedajnych trybików w machinie” oraz stosując inne prymitywne formy argumentacji. Kiedy studenci medycyny bronili swoich racji, prosili o jakiekolwiek dowody, przedstawiali własne, to altmedowcy pisali tylko „on pisząc swoją książkę korzystał z wyników badań opracowanych przez lekarzy i elo”, po czym pisali sobie wzajemnie teksty w stylu „ale zaorane, łoooooooo”. Oczywiście młodzi studenci nie dawali za wygraną, zarzucali wybiórcze traktowanie dowodów, negację wyników badań wskazujących na generalny trend i inne fundamentalne błędy w myśleniu. Altmedowcy znowu wyzywali ich od „kitli” i koło się zamykało. No może nie do końca, czasami wpierdalali jakiś dowód anegdotyczny – „płukałam nosek mojej córeczki perhydrolem, trochę postękała, popłakała się biedna, ale zadziałało – katarek minął”! Na tym nie koniec. W domu również dochodziło do nieprzyjemnych sytuacji. Dorotka uparcie mówiła, że nie chce więcej studiować medycyny, chce się zająć bioenergoterapią. Rodzice, na początku zdziwieni, próbowali przemówić jej do rozumu. Co się stało z moją siostrą? Tak bardzo chciała być lekarzem! A teraz chce naciągać Bogu ducha winnych ludzi z większą liczbą zer na koncie niż ilorazem inteligencji tylko po to, żeby pomachać nad ich głowami rękami, odmówić zdrowaśkę od tyłu i wyciągnąć pięć stów za półgodzinną sesję. „Nie nie!” – zapewniała mnie Dorotka – „ja będę jeszcze oferować usługi zdalne: z mojego pokoju będę wysyłać lecznicze wibracje automatycznie po zaksięgowaniu przelewu”. Sytuacja robiła się lekko denerwująca. Mama postanowiła pewnego razu wziąć mocne lekarstwa przeciwbólowe, gdyż strasznie bolał ją brzuch. Ciężko znosi biedaczka okres, nie może wyjść z domu, czasami nawet nie chce się podnieść z łóżka. Już zbliżała rękę do ust, by połknąć tabletkę, a tu jak Dorotka zaraz nie pierdolnie i nie wybije pigułki matce sprzed nosa drąc się „MATKA CO TY ROBISZ CHCESZ SIĘ ZATRUĆ I FINANSOWAĆ TYCH SKORUMPOWANYCH FARMACEUTÓW”? Mama tylko popatrzyła na nią jak na debilkę i wytrzeszczała oczy, kiedy Dorotka z maniakalną miną zanurzyła własny włos z głowy w szklance wody, wyjęła go, energicznie wstrząsnęła szklanką, przelała pół zawartości do nowej, ponownie rozcieńczyła wodą, wstrząsnęła mieszaniną, znowu przelała pół, znowu rozcieńczyła, wstrząsnęła, znowu przelała pół, znowu rozcieńczyła, wstrząsnęła i podała obolałej matce do wypicia. „Córuś, a to zadziała”? „Lepiej niż zwykłe lekarstwa. Zaufaj mi, uczę się tego”. „No dobrze, zaufam ci, chociaż wątpię”. „Skoro tak, to poczekaj, wzmocnię efekt terapeutyczny”. W tym momencie Dorotka wsypała do swojej mikstury szczyptę soli i mieszała, aż się wszystko rozpuściło. „Wciąż nie rozumiem, córeczko, jak to ma mi pomóc”. „To kwestia rodzinnego konfliktu. Ja zawsze łagodnie miesiączkuję, bo oddajesz mi swoją energię, masz zakodowany w głowie program, by we wszystkim ulżyć swojemu dziecku, czy tego chcesz, czy nie. Przez włos zwracam ci tę energię”. Mama wypiła wodę z dodatkiem soli i położyła się zrezygnowana do łóżka. Brzuch nie przestał jej boleć. Następnego dnia wkurwiona wzięła tabletkę, kiedy Dorotka wyszła na zajęcia. Podobnych akcji było sporo. Tatełe nie mógł na przykład wziąć aspiryny, gdy się przeziębił. Obaj myśleliśmy, że wszystko przejdzie gładko, Dorotki nie było w domu. Kiedy tata wrzucił pastylkę do szklanki, usłyszeliśmy za oknem huk samochodu uderzającego w ścianę. Naszego samochodu. Zobaczyłem tylko, jak Dorotka wysiada z niego z furią na twarzy, usłyszałem tupot jej nóg po schodach, wpierdoliła się do mieszkania, wyważając drzwi, wtargnęła do kuchni i wylała zawartość szklanki taty do zlewu. Ojciec się wkurwił, zapytał się jej, co ona odpierdala, a ona odpowiada ze złością „JA TYLKO NAS PRÓBUJĘ RATOWAĆ OJCZE”! Nie odzywali się do siebie przez tydzień. W końcu moja siostra postanowiła, że wyjebie do śmieci wszystkie nasze leki. Od tego momentu w apteczce mieliśmy tylko dwie rzeczy – butelkę z lewoskrętną witaminą C i słoiczek z jakimś olejkiem eterycznym. Potem sobie ubzdurała, że chce kupić strukturyzator przywracający pamięć magnetyczną wody, „zgodną z polem magnetycznym Ziemi”, jak przeczytała na stronie internetowej produktu. Dla beki napisałem do Xiaomi, by opracowali podobne urządzenie. Opracowali, było mniejsze i bardziej poręczne, no i nie kosztowało dwa i pół tysiąca cebuli. Okazało się być zwykłym filtrem do wody BRITA z przyklejoną naklejką Xiaomi zasłaniającą oryginalny logotyp. Jestem pewien jednak, że i tak lepiej oczyszcza niż oryginalna maszyna. Potem wysłałem siostrze linka do nie-strukturyzatora, a jak ona nie wpierdala mi się do pokoju i z wyrazem totalnej furii na twarzy nie zaczyna szarpać mnie za koszulkę i drzeć ryja żebym sobie nie żartował „BO KURWA TO SĄ POWAŻNE SPRAWY, KIEDYŚ CI SIĘ DOSTANIE, WODA WSZYSTKO PAMIĘTA”! „I tak Xiaomi lepsze” – odparłem. A ona sprzedała mi liścia w policzek mówiąc, że „GÓWNO PRAWDA BO XIAOMI MA W SWOICH TELEFONACH ANTENY WI-FI”. Ja kisnę zupełnie, ona ryczy i trzęsie mną żebym przestał. Odgłosy szamotaniny ściągnęły ojca do pokoju, musiał nas rozdzielać siłą. Tego dnia zrozumiałem, że moja siostra stała się zwykłą fanatyczką altmedu. A ja tylko modlę się, żeby nikt w rodzinie nie zachorował na cokolwiek poważniejszego niż katar. Znaczy, należą wam się tutaj słowa wyjaśnienia. Dorotka nie zawsze sprawiała wrażenia zamkniętej na najnowsze osiągnięcia medyczne oszołomki, która zdecydowała się nie szczepić swoich dzieci, gdy będzie je miała, i która zadowala się prostackimi, nienaukowymi argumentami płynącymi z mądrych filmów z żółtymi napisami zamieszczonymi na YouTube, i która w imię fanatycznej wiary w witaminki leczące raka postanowiła się mentalnie cofnąć do czasów wczesnego średniowiecza, i która odprawia znachorstwa przed każdym posiłkiem, i która gotowa jest doświadczyć kontaktu z czwartą gęstością Wszechświata, i która ostatecznie rzuciła studia medyczne, by samodzielnie zgłębiać tajniki leczenia bioenergoterapią. Przepraszam, jeśli odnosiliście takie wrażenie do tej pory. Otóż przez chwilę był względny spokój. Siostra znalazła sobie inne zainteresowania, na przykład poznała twórczość Nosowskiej i z dużą dokładnością obserwowała jej Instagram. Mama patrzyła z radością, że Dorotka znalazła sobie inne zajęcie, a nie ciągle tylko ta alternatywna medycyna. W sensie, to nie ma nic wspólnego z moją miłością do Nosowskiej, bo to moja osobista sprawa, siostra sama po prostu obczaiła tę kobietę. Mama zapytała się kiedyś, skąd nagle takie zainteresowanie piosenkarką. Dorotka w odpowiedzi pokazała jeden z filmików na Instagramie, na którym Kasia podzieliła się swoim „tipem” do uprawy roślin ogrodowych – otóż wystarczy porządnie zapłakać nad naszymi grządkami, aby wszystko zaczęło bujnie rosnąć. Istotnie, ogródek Nosowskiej zmienił się nie do poznania. „Skoro u niej to zadziałało, to na pewno zadziała wszędzie, zaraz pójdę na dół i spróbuję”. Byłem przy tym, chciałem jej sprzedać kosę pod żebra za używanie prymitywnego dowodu anegdotycznego. Nic się nie zmieniło, ciągle ta sama altjebnięta Dorotka. Mama też to wyczuła. Westchnęła, rzekła „ja pas” i wyszła z pokoju. Opowiem Wam teraz o chyba kulminacyjnym momencie na drodze przejścia mojej siostry z porządnej studentki medycyny na… kurwa nie wiem, jak to to nazwać. Otóż była niedziela. Mama zrobiła obiad. Taki typowo polski, niedzielny obiadek – rosół, schabowy, ziemniaczki i surówka. Różnie jemy, ale wtedy rodzice nabrali ochoty na coś „klasycznego”. Ja schabowe lubię, więc chętnie przystałem na to. Siostra coś tupnęła, coś mruknęła, jednak też przystała. Ja pierdolę, zdelegalizować wegetarian. To nie ma nic wspólnego z jej nową ideologią, była wege od lat, bo mięso jej nie smakuje, jak sama zawsze powtarzała. Gotowanie, ubijanie, maczanie w bułce tartej i tak dalej. Zasiadamy do drugiego dania. Amciu amciu, mama spokojnie, tata łapczywie, dostrzegłem w jego oczach tę błogość, jaką odczuwa zawsze, gdy je coś tłustego i kalorycznego. Siostra babra się z mięsem, ale je. Ja również spokojnie, delektowałem się mięsem. I jak kurwa nagle siostra nie wstaje, do dzisiaj słyszę w myślach ten fanatyczny ryk, ściąga spodnie i majtki, wchodzi na stolik, kuca nad moim talerzem i bezprecedensowo wypróżnia się na niego. Ja odskakuję od stołu jak oparzony. Rodzice, siedzący naprzeciwko, patrzą się na córkę z szokiem, zamarli w bezruchu. Również zamarłem i patrzę, co się odpierdala. W końcu zrywam się z krzesła, krzyczę „CO TO KURWA MA BYĆ”? Kilka sekund ciszy. „GÓWNO” – odpowiada mi Dorotka. „GÓWNO, KTÓRE I TAK JEST LEPSZE NIŻ TE LEKI CO CI CHCE WCISNĄĆ BIGPHARMA”. Wszyscy odsuwamy się od stolika, ona wciąż kuca i z szyderczym śmiechem robi swoje. Kończy. Wstaje, nie przejmując się niczym zakłada z powrotem ubrania, otwiera okno i przez nie wyskakuje. Mama krzyczy „Moje dziecko”! Mieszkamy na trzecim piętrze, skok przez okno może się źle skończyć dla siostry. Podbiegamy do okna. Wychylamy się przez balkon. Spada z satysfakcją na twarzy i pokazuje nam środkowy palec. Już zbliża się do poziomu ziemi. Wtedy nadlatuje jakiś dziwny kształt, którego w ostatniej chwili chwyta się Dorotka. Podnosi ją w górę tak wysoko, że znowu jest na wysokości trzeciego piętra. Patrzę na latający obiekt i dostrzegam, że jest to człowiek. Kurwa, latający człowiek. Kończyny miał poukładane w coś na kształt swastyki. Dostrzegam twarz – to przecież dziadzia! Nie widziałem go od czasu, gdy połamał się w trakcie ćwiczeń jogi i spierdolił z domu. Uśmiecha się z wyższością, Dorotka jedną ręką trzyma się jego koszulki, a drugą wciąż kieruje w naszą stronę środkowy palec. Pokazuje nam język, pierdzi nim przez chwilę, po czym odlatuje z dziadkiem. Widzieliśmy tylko ich dwoje, jak odlatują za horyzont. Nigdy więcej już nie spotkałem mojej siostry. Wypierdoliliśmy z domu strukturyzator wody, wszystkie jej „leki”, książki ezoteryczne, na samym końcu znalazłem pod jej poduszką „Ukryte terapie”. Spaliłem je w lesie. Dym z ogniska miał zapach goździków i spirytusu salicylowego. Patrzyliśmy we troje, jak unosi się do nieba – ja, mama i tata. Poczułem silny ból na plecach, był tak mocny, że straciłem przytomność. Obudziłem się w szpitalu. Diagnoza lekarza – kamień nerkowy spowodowany zbyt dużą dawką witaminy C. Altmed ty kurwo.
submitted by Arald98 to JBwA_SekcjaPast [link] [comments]


2018.05.16 01:28 koops6 Satanista

SATANISTA
Kilka lat temu poszliśmy ze znajomymi do klubu. Było nas dość sporo, każdy miał wolne bo to dzień po świętach bodajże, mieszana grupa. Zabalowaliśmy hardkorowo, było już pewnie koło 3 w nocy, każdy ostro nawalony i w zasadzie to mieliśmy już kończyć ten jakże uroczy wieczór i rozchodzić się do domów.
Jednak wtedy mój dobry ziomek oznajmił że spotkał w klubie swojego kumpla, mega kolesia którego musimy poznać bo jest zajebisty i chce nas zabrać do siebie na domówkę. No git, przedni pomysł.
Jednak nim powiem coś więcej to muszę Wam wytłumaczyć w paru zdaniach jakim człowiekiem jest tenże mój kolega (którego na rzecz tego fanpage będziemy tutaj zwać DŻONY SNAJPER, bo tak ;d). Otóż Dżony jest całkiem inteligenty, możesz z nim pogadać na wiele tematów, może nie jest super ekspertem ale w każdy zna chociaż powierzchownie, ma własne zdanie itd.
Ale ... jest też patosem w chuj ;D Może nie takim co biega po ulicy, wali typów z bara, zaczepia kobiety itd ale jest takim konkretnym, specyficznym patosem że nawet wszystkie "mordeczki" w naszym mieście go na swój sposób respektują - bo nie ma to jak biegać po mieście nago po naćpaniu się koki, co nie ? xD Albo nachlać się absyntu i udawać wężosmoka w centrum handlowym.
No i ogólnie kolo jest dość znany i lubiany czy to w środowisku niedorozwiniętych uśmiechających się szkorbutem i parujących fetą zwierząt, czy też normalnych ludzi - z każdym znajdzie wspólny język i temat - czy to z nerdem, czy ze studentką filozofii czy z typem co wyszedł z paki w ktorej siedział 20 lat za zajebanie swej rodziny - i co więcej każda z tych osób zapała do niego sympatią.
Dżony Snajper ma niestety pewne dwa minusy - po pierwsze nie zna słowa "dość" gdy chodzi o imprezowanie, a po dwa ... cóż, ciężko to wyjaśnić ale on gloryfikuje patologię. Sam z niej nie pochodzi ale lubi z takimi przebywać, wydaje mi się że naoglądał się za małolata filmów w stylu Trainspotting i zakochał się w zyciu żyjących poza system samobójców.
Tylko że w filmach tacy ludzie mają ideologię, są inteligentni, mają zasady - a w prawdziwym zyciu są oni często ścierwem najgorszego sortu - co z tego, Dżony po pijaku bawi się z takimi, zaprosi takich do domu, wpuści na imprezę przy ogólnym niesmaku towarzystwa. I nie widzi że naćpany typ którego wpuścił nie umie sklecić dwóch zdań, a oczami biega po mieszkaniu z nadzieją że coś ukradnie albo zgwałci - nieee, w jego oczach ma przed sobą buntownika o wolność i deptanie norm narzuconych przez zaśniedziałe społeczeństwo.
Cóż, teraz więc wiecie czemuż to po oznajmieniu mi przez Dżonego Snajpera że spotkał "świetnego kolesia którego musimy zapoznać i weźmie nas na swą domówkę o 3 nad ranem" byłem w zagwozdce niczym prawdziwy hazardzista - albo czeka mnie dziś jakaś świetna, szalona impreza którą zapamiętamy na resztę życia albo znajdę się otoczony wyrzutkami których nie chciano nawet w więzieniu.
Decyzję trzeba było podjąc natychmiast bo akurat mieliśmy opcję podwózki i jeżeli nie zdecydujemy teraz to dupa, bo "świetny koleś" jedzie teraz i jak się nie zabieramy to nie czeka na nas bo na domówkę mu spieszno. Moja grupa była w stanie nietrzeźwości i późno-nocnego niezdecydowania tak więc Dżony Snajper utkwił oczekujące spojrzenie we mnie, i wiedziałem że to moje zdanie i ma odpowiedź przeważą w naszych dalszych losach.
Żałując ze nie było mi przed odpowiedzią chociażby zerknąć na "świetnego kolesia" postawiłem wszystko na jedną kartę i rzuciłem "No kurwa, jasne że jedziemy."
Dżony Snajper uszczęśliwiony pobiegł w tłum kłębiący się w klubie i za chwilę przyprowadził swojego znajomka - i tak oto poznałem Satanistę.
I wtedy też dotarło do mnie jak złą decyzję podjąłem.
Cóż tego że była zła i znalazłem się w patologii to pewnie się domyślacie, bo inaczej bym tego nie opisywał tutaj, prawda ? Opis Satanisty i jego domóweczki wieczorem albo jutro - ciao bambino, ciąg dalszy nastąpi !
Dżony Snajper przyprowadził "tego świetnego kolesia którego musimy poznać". Był to wychudzony, powykręcany od fety typ z mordą który świadczyła jednocześnie o tym że jest i lamusem jak i patogenem. Wyraz twarzy z kolei świadczył o tym że sam ledwo ogarnia.
Wyszliśmy przed klub, szybka rozkmina kto idzie a kto nie. Dżony wrócił się do wnętrza lokalu, znaleźć i wypytać resztę ekipy o to czy chcą iść na tę domówkę. Wszyscy mieli dość ciężki przekaz, jedna z koleżanek była tak napierdolona że trzeba było ją praktycznie nieść. Znajomi próbowali ją ogarnąć a ja tymczasem stałem ze "świetnym kolesiem".
On tymczasem, mimo iż był konkretnie najebany, łaził w te i we wte (pewnie przez fetę), rozkładając chude łapsa na boki, tak że mógłbym mu pomiędzy ramię a brzuch wsadzić łeb a jeszcze ktoś koło mnie by się zmieścił. Wyciągnął telefon i puścił jakiś rap na cały regulator.
Czekamy na Dżonego, zaczynam się wkurwiać i żałować decyzji. Nagle nasz nowy towarzysz mnie zagaduje :
Spojrzałem na niego lekko zaskoczony, nie bardzo wiedząc jak skwitować te wyznanie. Na szczęście nie musiałem bo zaraz sam się odezwał ponownie.
Dopiero wtedy sczaiłem że z jego telefonu rzeczywiście rozlegają się utwory Słonia. Wiecie, zapewny gdyby on powiedział mi o tym sataniźmie dzisiaj czy pół roku temu to od razu zrozumiałbym że to przez bycie fanem Słonia. Jednak to było kilka lat temu, Słoń wydał dopiero jedną czy dwie płyty, nie był tak znany i na topie, tak więc nie skojarzyłem faktów od razu.
W sumie to zabawne, jeszcze niedawno każdy pseudofan hip-hopu wyzywał "brudasów" od satanistów a teraz sam dumny się tak zwie (przez "brudasa" mam na myśli metalowca, nowe pokolenie pewnie słysząc "brudas" myśli teraz o Muzułmanach ;D).
"Satanista" łaził w prawo i w lewo, wożąc się i machając chudymi łapkami, cały czas nakurwiając na full muzę.
Chwila ciszy. Widzę że nie ogarnia. Nagle ni z gruchy ni z pietruchy.
Zawył. Kilka wychodzących z klubu grupek nie zwróciło uwagi, inni się śmieli lub przyspieszyli kroku. Parę osób krzyknęło do niego coś w stylu "Stul tę pizdę lamusie !"
A mnie zaczęła odchodzić ochota podążenia na tę "domówkę". Chociaż wciąż po cichu miałem nadzieję że typ nie okaże się patologią (to znaczy : poza tym że umysłową) a będzie jedynie bananem który pozuje na rąbniętego chłopaka z ulicy by wyglądać "groźnie" a na chacie będzie normalne party pełne spoko ludzi którzy mają go w dupie i po prostu korzystają z wolnej chaty tego podludzia.
Nie byłby to pierwszy raz.
Objął mnie ramieniem i poklepał. Parował fetą i pachniał potem.
Dżony i reszta ekipy wyszli. Podjechały nagle jakieś dwa auta, jak się okazało oba prowadzone przez znajomych Dżonego.
Szybka piłka kto jedzie na tę domówkę Satanisty, kto zostaje w klubie, kto idzie do domu. Ludzie mają ciężki przekaz, schodzi się, kierowcy się niecierpliwią. Satanista jeszcze kilku osobom powiedział że o tym kim jest, i jeszcze kilka razy zapytał dlaczego (okazuje się że to dlatego że słucha Słonia, dacie wiarę ?) .
Finalnie wypadło na to że poza gospodarzem jadę ja, Dżony Snajper, nasz w miarę trzeźwy kumpel który podobnie jak ja miał minę w stylu "pożałujemy tego", nasz inny kumpel który był na granicy wyjebania się na pysk z przepicia, oraz dwie koleżanki - jedna najebana jak Meserszmit oraz druga która była dość ogarnięta i chyba jechała z nami bo włączyło jej się w głowie że musi porobić nam za niańkę.
Wsiedliśmy do aut, koledzy Snajpera byli na tyle mili (lub w niego zapatrzeni) że obaj przyjechali o 3 w nocy tylko po przerzucić jego (a także i nas) z jednego końca miasta na drugi. Debile albo dobrzy przyjaciele.
Usadowiliśmy się w autach i jedziemy. Niestety byłem w tym samym aucie co gospodarz czekającej nas imprezy, tym samym musiałem słuchać pewnego dialogu o jego upodobaniach religijno-muzycznych (możliwe że Wam wspominałem ?) który powtórzył każdemu, w tym kierowcy, minimum 3-5 razy.
Gdy auta wjechały do dzielnicy armeńskich imigrantów wiedziałem już że moje nadzieje o normalnej imprezie są jednak mrzonką.
Dotarliśmy w końcu na miejsce - obskurna dzielnica do której lepiej się nie zapuszczać, no chyba że w czołgu. Wysiedliśmy, ekipa siedmioosobowa licząc z Satanistą. Pomogliśmy wyjść koledze i koleżance którzy już niedomagali. Dżony zamienił parę słów z kierowcami i obaj się zwinęli, a ja zacząłem żałować że nie odjechałem z nimi.
Satanista tymczasem zaczął nas prowadzić - szczerze mówiąc to zdziwiłem się że czeka nas dłuższa podróż z buta bo najbliższe budynki zdawały mi się przeznaczone co najwyżej do rozbiórki. Już miałem zapytać Satanisty czemu nie kazał nas podwieźć pod swój blok/dom tylko zostawić nas w tej opuszczonej okolicy, kiedy, pogłębiając me zdziwienie, wszedł on do jednej z rozpadających się kamienic.
Wymieniłem znaczące spojrzenie z trzeźwym kumplem i trzeźwą koleżanką. Wzruszyli ramionami. Nie uszło to uwadze Dżonego Snajpera i wydawało mi się że on sam jest zakłopotany sytuacją w którą nas wciągnął. Pozostałym towarzyszom - czyli idącym niemal na czworaka kumplowi i kumpeli było wszystko jedno.
Po wejściu do klatki schodowej okazało się budynek z pewnością nie jest opuszczony - zewsząd dobywały się dźwięki patologii - wrzaski, wyzwiska, płacze dzieci, ujadanie psów, dźwięki których określać nawet nie mam zamiaru, oraz muzyka najgorszego sortu wydobywająca się z bardziej pierdzących aniżeli grających urządzeń. Gdzieś z głębi dobywała się muzyka - sądziłem że to na ta cała wspomniana domówka Satanisty.
Jednak okazało się że nie - minęliśmy dziurawe drzwi które nie tłumiły dźwięków imprezy (dziura w drzwiach nie była nawet niczym zakryta i można było spokojnie wsadzić tam głowę i ujrzeć dantejskie sceny dziejące się w środku) i ruszyliśmy na górę. Było ciemno, więc szliśmy po omacku, drewniane schody skrzypiały, wielu z nich brakowało. Były niesamowicie strome. Moja koleżanka, ta trzeźwiejsza, potknęła się w pewnej chwili ale złapałem ją za dłoń. Wiedziałem że gdyby dało sie cokolwiek dojrzeć to wysyłałaby mi oczyma bezgłośny sygnał "WYPIERDALAJMY STĄD, I TO JUŻ." Zamiast tego wbiła mi nagle paznokieć w przegub - znamy się na tyle że była to zrozumianym przeze mnie zamiennikiem.
Cóż, szczerze mówiąc nie miałbym nic przeciwko opuszczeniu tego miejsca - wręcz pragnąłem tego. I nie oponowałbym by oznajmić to przy Sataniście, mniej lub bardziej umiejętnie kryjąc oczywiste tego powody. Wiedziałem natomiast dwie rzeczy : A - Reszta ekipy ma słabą wolę i wystarczy jedno słowo Dżonego znaleźli się pod jego czarem i by ochoczo szli z nim choćby do chlewu, ciesząc się z nadchodzącej przygody. B - Dżony będzie nas namawiał, święcie wierząc że patologiczni ludzie skrywają w swych sercach dobro i jakąś tajemniczą, mistyczną mądrość, którą cuchnący niedorozwój się z nami podzieli pijąc wódkę, a my doznamy objawienia i obalimy system.
Stwierdziłem że wejdziemy a za pół godziny zacznę dawać sygnały mądrzejszej i trzeźwiejszej części ekipy że robimy sprytną ewakuację. Dżony niech zostanie i zdycha na dżumę jeżeli tak mu się to podoba.
Weszliśmy na, jak zdawało mi się, najwyższe z pięter tej parodii przedwojennej kamieniczki. Okazało się że przed nami stanęły jeszcze jedne schody - strome, pionowe wręcz niczym drabina. Wyglądało to tak jakby na najwyższym piętrze ktoś dobudował "izbę" jak pawlacz, bo mieszkań mało a trzeba upchnąć całą patologię.
Jakiś cudem cały orszak wlazł tam i nikt, nawet ci ledwie trzymający się na nogach nie zrobili sobie krzywdy.
Stanęliśmy przed popękanymi drewnianymi drzwiami. Moje oczy przyzwyczaiły się do ciemności, poza tym w tym miejscu klatki wpadało nieco światła z zewnątrz, także mogłem obserwować Satanistę. Myślałem że wyciągnie klucz ...
... okazało się że nie. Wsadził rękę do wybitej dziury w drzwiach. Zamka do drzwi nie było. Gmerał tam przez chwilę. Nagle zawył KURWO JEBANA. Zaczął szukać czegoś na podłodze. Podniósł coś co wyglądało na mały metalowy albo drewniany hak. Wsadził go w tę dziurę i zaczął ponownie gmerać aż usłyszeliśmy jakieś dziwne metalowe kliknięcie a drzwi się otworzyły. Zweryfikowałem swe plany : "pół godziny to za wiele, pieprzyć konwenanse, spierdalamy za 5 minut".
Nadzieja matką głupich. Jeżeli po wejściu do kamienicy miałem jeszcze jakąkolwiek nadzieję (chyba tylko przez upojenie alkoholowe) to widząc jak Satanista otwiera drzwi za pomocą haka którym grzebał w dziurze - porzuciłem resztki tejże nadziei i uznałem że nic co dojrzę wewnątrz nie zdoła mnie już zaskoczyć.
Gdy weszliśmy, gospodarz zapalił lampkę - więc jednak, pomimo ciemności na klatce, do kamienicy musiał być podłączony prąd (chyba że działała na baterie, nie przyjrzałem się). Pokoik, a raczej izbę oblało na tyle światła że można było od biedy nazwać to co nastało "półmrokiem".
Pokoik miał może z 4 na 5 metrów. Co (jednak !) mnie zaskoczyło to to że nie było żadnych drzwi. Nic, nada. Nawet drzwi prowadzących do jakiegoś kibla - uderzyło mnie to od razu. Ot, dziurawe drzwi którymi weszliśmy oraz duże okno naprzeciwko nich. Ten pokoik stanowił zarazem całe mieszkanie.
W pokoju znajdowały 3 (oddalone od siebie na tyle ile się dało) łóżka-barłogi. Pośrodku stał mocno odrapany stolik, pełen dziur, pozasychanych (chyba) glutów i pozdzieranych naklejek które pamiętały jeszcze pewnie komunę. Jedyną rzeczą która była tutaj nowa była wielka plazma (orzechy przeciwko diamentom że kradziona ?) ktora jednak stała na wysokości kolan, na drewnianym czymś co zapewne było kiedyś taboretem. Sam telewizor nosił na sobie ślady które widać było nawet w półmroku - jakby by jakiś czas temu obrzygany albo oblany a nikt nie zadał sobie dostatecznie wiele trudu by wyczyścić go bardziej aniżeli "z wierzchu".
Tyle dojrzałem w tym półmroku. Nie dostrzegłem wtedy nawet że w najdalej oddalonym barłogu ktoś śpi pod kocami.
"Cóż, nie jest tak źle" - pomyślałem wtedy - "Mam co najmniej dwoje sprzymierzeńców, trzeźwego kumpla i trzeźwą kumpelę. Kiedy powiemy zaraz że czas spierdalać z tej jakże zacnej domówki to oni od razu mnie wesprą. Tamta pijana dwójka będzie się upierać żeby posiedzieć (z lenistwa i pijaństwa) ale zaciągniemy ich. Dżony Snajper będzie udawał zaskoczonego ale też się nie będzie się opierał widząc gdzie my jesteśmy. Satanista z kolei mnie nie obchodzi.
Cóż i tak pozostaje się cieszyć że nie znaleźliśmy się wśród 20 wytatuowanych i zaćpanych koksów."
Usiedliśmy na łóżku blisko drzwi. Ja, moi trzeźwy i nietrzeźwy kumple. Obok walnęliśmy tę nawaloną koleżankę. Ta trzeźwiejsza kucnęła obok nas - nie chciała nawet siadać. Dżony jako jedyny usiadł z gospodarzem, chyba tylko po to by nie było głupio że wszyscy się gnieżdża z dala od niego.
Sataniście to jednak i tak nie przeszkadzało - feta, albo coś innego, dało o sobie znać - znów puścił z telefonu Słonia i wożąc się, porykując coś pod nosem łaził w kółko gibając sie jak Indianie w bajkach gdy tańczą wokół totemu.
Dżony walił jakieś niemrawe żarty by rozluźnić atmosferę. Satanista porykiwał śmiechem, tak samo mój pijany kumpel. Koleżanka która zgasła też chichotała od czasu do czasu, gdy coś do niej dotarło. Ci trzeźwi odpowiadali mruknięciami i półsłówkami. Było już jasne że TO jest ta cała "świetna domówka świetnego koleżki", a poza nami to gospodarz jest jej jedynym gościem.
Wysłałem Dżonemu wkurwione spojrzenie. Gdy spojrzał mi w oczy z drugiego końca pokoju, odpowiedział mi spojrzeniem, który przez wieloletnią znajomość zrozumiałem jako "no co ?".
"Ty już kurwa wiesz co" - wsadziłem telepatyczny przekaz w me spojrzenie i nić znajomości. Wzruszył ramionami.
Trzeźwa koleżanka zapytała czy wyjdę z nią na dwór na fajkę. Satanista od razu że tu można palić - jasne, przecież kurwa widzimy że pety leżą po całej podłodze. Ona jednak że chce wyjść na dwór w jakimś celu, chce pogadać. Wyszliśmy.
Na zewnątrz oznajmiła mi tylko że już tam nie wraca, że zamawia taksówkę i spierdala. Bała się, brzydziła - nie winiłem jej nawet za to że zostawia mnie tam. Dobrze wiedziałem co jest grane : my się będziemy męczyć i czekać aż ci pijani zdecydują się pójść stamtąd, oczywiście zbyt najebani by zrozumieć że to jedyna opcja którą rozpatrzył by każdy normalny człowiek. A nawet jeżeli zacznie to do nich docierać to Dżony będzie pierdolił że jest przecież fajnie a ci idioci będą wierzyć, nie wiedzieć czemu ulegając jego krasomówstwu.
Zapytacie pewnie - czemu nie napisać sms'a temu trzeźwemu kumplowi co został i nie odjechać we trójkę ? Odpowiedź jest prosta : zostawilibyśmy w patologii, poza Dżonym i tym pijanym kumplem - tę nawaloną do nieprzytomności koleżankę.
A nie ufałem tym dwóm na tyle by ją z nimi pozostawić. Wiedziałem że w popartej alkoholem naiwności gdy będą się zbierać to są w stanie ją zostawić tam, wierząc w słowo Satanisty że nic jej przecież nie będzie.
Wyobrażacie sobie co by się stało z upitą do nieprzytomności dziewczyną z dobrego domu gdyby została całą noc w takim miejscu, w łóżku naćpanego gnoja ?
Tak więc widzicie, sytuacja nie była zabawna. Podjechała taksówka, moja znajoma przeprosiła mnie po raz kolejny, wymusiła kolejną przysięgę że za nic nie zostawię tamtej i odjechała. Zapewniłem że nie mam jej tego za złe ale jednak, gdy odjechała, poczułem ukłucie żalu, odtrącenia i złości. Wróciłem na górę, pozbawiony jednego z dwóch sprzymierzeńców.
Znów pieprzony, odpowiedzialny ja, na którym można wymusić zadbanie o kogoś.
Gdy wlazłem na górę zobaczyłem całkiem "przyjazną" atmosferę - Dżony opowiadał jedną z niesamowitych opowieści ze swego życia. Obaj moi kumple zaśmiewali się do łez. Satanista nadal robił kółka, robiąc "tubę" z dłoni dla telefonu i też się czasem śmiał, choć nie wiem ile rozumiał. Nawet ta pijana dziewczyna zaczynała nieco kontaktować - chichotała a powieki były półprzymknięte. Dobry znak.
... złym znakiem było to że ten mój pijany kumpel pił inne piwo niż te z którym wszedł. Jego piwo, w puszce, stało koło jego nogi. Pił piwo butelkowe ... które jak zauważyłem musiało stać już niewiadomo ile w tym syfie i robiło nawet za popielniczkę bo pływały w nim pety. Miałem odruch wymiotny ale powstrzymałem się od rzygania. Delikatnie wyciągnąłem mu piwo z dłoni, udając że chce łyka, a tak naprawdę podmieniłem tę popielniczkę na jego piwo. Nie poinformowałem go. Przy odrobinie szczęścia nie złapie HIVa.
Usiadłem. Korzystając z tego że Dżony nadal opowiada powiedziałem dyskretnie trzeźwiejszemu kumplowi że zara bierzemy tamtą laskę choćby na plecy i wypierdalamy, z chłopakami albo bez.
Pokiwał ochoczo głową. Zrobiło mi się lepiej.
Niestety, najgorsze miało dopiero nadejść. Rozluźniłem się. Siedziałem między moimi dwoma kumplami, Dżony naprzeciwko a Satanista łaził po pokoju jak Indianin. Kumpela która została wpółdrzemała koło nas. Zrobiło się zabawnie, dodatkowo raczyłem się świadomością że niedługo bez problemów schodzimy na dół i wsadzamy dupska w taxi.
Postanowiłem wykorzystać tyle ile się da z tej nędznej sytuacji i oddać się zajęciu które lubię - ponabijać się z idioty. No bo w końcu Idioci to podludzie. Głupotę należy tępić., prawda ?
No i mam z bliskimi kumplami taką ... "zabawę". Jak zauważyliście ostatnio w modzie jest że różne ziomeczki odzywają się do siebie nawzajem per "mordo" albo "prawilniaku". No to my se robimy z tego jaja i przykładowo, dzwoniąc do kumpla, mówię do niego "No siema Prawilny Ryju" albo "Harda Paszczo" i tym podobne, aż do absurdu
I postanowiłem tytułować tymi imionami Satanistę. Wiedziałem że nie bardo będzie wiedział o co chodzi a moi kumple będą z tego zlewać. Satanista chrzani coś tam w stylu "Przybiłem kiedyś piątkę Eldo" albo "Raz zajebałem w nos dwie sztuki naraz, sam". A ja na te jego teksty odpowiadałem :
"No nie no, strasznie Prawilna z Ciebie Ryjówka" albo "Jesteś Najszpachwinniejszym z Dobrych Chłopaków Co Nie Sprzedają".
Tytuły robiły się coraz dłuższe i głupsze. Moi kumple, w tym Dżony, parskali śmiechem. Satanista był lekko zagubiony ale ... po każdym z moich komentarzy potrafił przybić mi piątkę i po krótkim przetrawieniu informacji zakrzyknąć "NO KURWA ! A JAK ! JEBAĆ KSIONDZÓW MORDO!"
Trwało to przez dłuższą chwilę, było nawet zabawnie. Miałem już zarządzać wyjście, kiedy nagle ktoś otworzył drzwi z kopa. Do wnętrza wpadła odziana w ortalion dziewczyna z nadwagą. Na mordzie pisała się agresja i głupota. Lat mogła mieć 20, a mogła 30 - przećpana i przepita facjata nie pozwalała dokładnie określić.
Miałem okazję oglądać pato-gatunek w środowisku naturalnym. I widziałem że wszyscy, nie wyłączając Dżonego Snajpera, jesteśmy zagubieni. W zachowaniu Satanisty i Grubej nie było niczego ludzkiego, niczego z czego normalny człek mógłby wywnioskować co się dzieje.
Zakładałem że sytuacja jest raczej nerwowa - ona stała w drzwiach zdyszana i rozczapierzona. On zastygł bez ruchu w połowie tego swego indianskiego tańca i patrzył na nią z otwartą mordą i miną przyłapanego dziecka. Stali naprzeciw siebie jak zwierzęta, który niby żyją w jednym stadzie, ale wciąż istnieje w nim walka o dominację.
"No co ?" - Bąknął. "CO SIĘ ODPIERDALA ?" - zawyła na niego. "niiic ... pijemy ..." - odparł.
Wyciągnęła zza pazuchy piwsko i usiadła z nami. Ot tak po prostu.
Kurwa mać. Co to było ? Myślałem że to jakaś sąsiadka której przeszkadzały rozmowy nocną porą (mimo darcia japy w całej kamienicy). Że to jakaś zaćpana agresywna mieszkanka. Że to jego współlokatorka, siostra, dziewczyna, który zrobiła sobie z nas jaja. Ale nie, nie otrzymaliśmy wyjaśnień. Ot, normalne zachowanie patologii. Usiadła i zaczęła, jak każdy niewychowany człowiek opowiadać coś o jakimś typie co ją wkurwił. Co chwila "zajebaniec zajebany" "ten chuj" itd. Żłopie to piwsko i opowiada. Chuj że nikt z nas nie wie o co chodzi ani kim ona w ogóle jest. Jeszcze żeby ona mówiła to tylko do Satanisty, ale gdzież tam - ona jeszcze do nas, co parę zdań opowieści "rozumiesz to kurwa jaki chuj?". Kiwałem głową gdy akurat pytała mnie, ale tak naprawdę nie rozumiałem bo po pierwsze nie słuchałem, po drugie mówiła nieskładnie a po trzecie nadal byłem w szoku po jej wtargnięciu.
Wejście Grubego Smoka miało jeszcze jedną konsekwencję : na najdalszym z barłogów coś się poruszyło - okazało się że spał tam jakiś niezauważony dotąd okolo 40letni mężczyzna. Rozejrzał się zaskoczony a po chwili jakby lekko zrezygnowany ale i wkurzony obecnością nieznajomych wstał. Spał w spodniach i koszulce, miał na sobie nawet buty. Nie był duży ani napakowany ale miał w wyrazie twarzy coś takiego że podświadomie wiedziałeś że nawet będąc trzykrotnie większy od niego nie powinieneś go zaczepiać.
A poza tym przeciwieństwie do Satanisty i Grubej ten Koleś miał w oczach inteligencję.
Satanista również i jego nie przedstawił. Mruknął mu cześć a my poszliśmy jego przykładem. Ten odmruknął coś, usiadł na łóżku i wyciągnął spod niego otworzonego już wcześniej Kasztelana. Najbardziej rozdarta osoba, czyli Gruba, pytała go o jakieś bzdury drąc mordę HEHEHE CO KURWA RUCHAŁES ŻE SIĘ SPAĆ CHCIAŁO CHYBA HEHEHEHEH. Koleś odpysknął jej coś pod nosem i nie zwracał na nią więcej uwagi, także zaraz i ona przestała.
Po pięciu minutach ja i mój trzeźwy kumpel zarządziliśmy wyjście. Dżony i Pijany Kumpel się ociągali, koleżanka jęczała w półświadomym sprzeciwie - jednak i tak zaczynali się zbierać. Zadowolony widziałem że koniec tej wielkiej pomyłki już w zasięgu ręki.
Nagle Rozbudzony Koleś, który tlił szluga i popijał swego Kasztelana odezwał się.
(Mnie już nawet nie zdziwiło że kolejna patologia go dobrze zna)
Nastała ciężka cisza, nawet Gruba się zamknęła. Od razu połapaliśmy się że chodzi o te "ryjówki" itp. Dżony zaczął coś niemrawo tłumaczyć, zganiać winę na ogół itd.
Koleś spojrzał jednak na mnie i powiedział "To Ty ?"
"No tak, ja."
Patrzył na mnie chwilę w ciszy paląc papierosa. Cisze można było już kroić nożem. Po chwili rzekł "Dobra beka stary" i uśmiechnął się.
Każdy jednak wiedział o co chodzi. To było celowe - facet był na tyle inteligenty że wiedział że zasieje w każdym przez chwilę ziarno niepokoju. Nie był niegroźnym głuptasem jak jego znajomkowie.
"Posiedźcie sobie z nami jeszcze, mam bimber, z chęcią go otworzę i was poczęstuję."
Mialem zaoponować, tym bardziej że to brzmiało bardziej jak rozkaz niż zaproszenie, ale Dżony i Satanista ucieszeni tą wielką zgodą która nastała zaczęli wiwatować. Mój pijany kumpel dołączył do nich. Koleżanka znowu zasnęła.
Spojrzałem na mego trzeźwego kolegę. Wzniósł oczy do nieba. Sytuacja która już tak ładnie się rozwinęła znów zaczęła wyglądać beznadziejnie.
40latek pogrzebał chwilę pod łózkiem i wyciągnął mocno sfatygowaną butelkę po litrowej wodzie mineralnej. Przezroczysta zawiesin która ją wypełniała była zapewne tym wspomnianym bimbrem.
Zacząłem obmyślać plan który pozwoli grzecznie ale stanowczo odmówić spożycia oraz opuścić ten lokal wraz z kolegą i nieprzytomną dziewczyną - niemniej jednak podświadomie czułem że obudzenie się tego starszego faceta będzie przeszkodą cokolwiek bym nie wymyślił ... Zgred łyknął solidnie bimbru, po czym podał go reszcie patologii - Sataniście i Grubej. Nie zdziwiło mnie że również i oni ochoczo pociągnęli ze sfatygowanej butelki po Muszyniance, tak samo jak nie zdziwiło mnie że Dżony Snajper i mój pijany kumpel równie chętnie przyłożyli do niej usta.
Sam bimber mnie nie odrzucał, brzydziłem się raczej myślą dotykania wargami czegoś co dotykały wcześniej te zwierzęta i leżało tutaj Bóg wie ile, służąc być może wcześniej za toaletę (przypominam, w tej izbie nie było nawet łazienki a nie sądziłem by za każdym razem te opijusy biegały z samej góry do jakiegoś wychodka na zewnątrz - oczami wyobraźni widziałem retrospekcję w której patosy odlewają się do butelki a parę dni później wylewają szczyny by nalać do niej bimbru).
Kiedy zechcę to potrafię być asertywny - powiedzieć NIE i tyle, mimo irytującego pierdolenia nie dać się przekonać gdy naprawdę czegoś nie chcę. Kiedy, na propozycję bimbru odparłem że ja spasuję mam dość, rozległo się ogólne trajkotanie z którego wyławiałem jedynie "No co Ty Mordo" "Dawaj, pij, nie pierdol", "Pijemy wszyscy, nie wal w chuja" "Ej jestem satanistą, a wiesz czemu ? Bo słucham Słonia" i tym podobne. Zbywałem to wszystko gestem "Talk to the motherfuckin' hand".
Do momentu kiedy Zgred wstał i podszedł do łóżka które dzieliłem z kolegą i koleżanką, pofatygował się pod sam mój ryj z tą swoją butelczyną i bardzo spokojnie powiedział "Musisz się napić, jesteś moim gościem a to bimber mojej roboty. Nie wypada chociaż nie skosztować."
"Dobrze, skoro to Twoja robota to wezmę łyka choćby dla spróbowania" - odparłem z przesadną teatralnością, co miało wyglądać przemienienie sytuacji w żart - a tak naprawdę było moją próbą bezkonfliktowego wyjścia z niej.
Nie podobał mi się ten staruch. Było z nim coś nie tak. Najbardziej nie pasującą do niego rzeczą były oczy w których widać było przenikliwą inteligencję - tak oderwaną od jego aparycji, kamratów i otoczenia że aż zdawały się być groźne i nie z tej bajki. Może przywiązuję do tego za dużą wagę ale czytałem z nich jakiś zimny sadyzm i podłość.
Cóż, może popadałem w lekką paranoję ale miałem ku temu powody - gość był dziwnie nachalny. Widziałem że niezbyt pasuje mu nasza obecność, nie zachowywał się jak ten zapijaczony Satanista który skakał wokół nas jak piesek by było nam fajnie, a pomimo to wciąż nalegał by zostać chwilę dłużej, by siedzieć tam i z nim pić.
Nie podobało mi się też spojrzenie którym oblepiał co chwila ciało naszej nawalonej koleżanki. A ta jak wiecie to ona była jedyną kotwicą trzymającą mnie jeszcze w tym miejscu - bez niej wyszedłbym stamtąd w trybie natychmiastowym i wsiadł w taksówkę nim ktokolwiek by się kapnął - sztuczka trudna do wykonania gdy niesiesz pijaną dziewczynę.
Tak więc siedziałem tam rozkminijąc plan ucieczki i pogłębiając się w paranoi że Zged chce nas upić bo chce nas/kogoś z nas w jakiś sposób skrzywdzić. Nie pytajcie mnie dlaczego w to wierzyłem - tak po prostu było, szósty zmysł mi to komunikował naprawdę wyraźnie. Chce nas upić by okraść ? Chce się ze mną napierdalać za te "harde ryjówki" ? Chce czekać aż padniemy albo da się nas wygnać i spróbuje przelecieć tę dziewczynę ? Albo może po prostu patologiczny umysł nakaże mu zachowanie którego normalny umysł nie przewidzi i nagle wyciągnie na nas bez powodu kosę ?"
Tak czy siak dzwonek w głowie bił na alarm.
A co do bimbru który trzymałem w dłoni to zostałem uratowany przez niespodziewane szczęście - Zgred stał nade mną i skurwiel naprawdę wyczekująco patrzył czy skosztuje (moja paranoja podpowiadała mi że mogły być tam proszki nasenne xD) ale wydarzyło się coś co odwróciło jego uwagę.
Satanista wyciągnął skądś saszetkę z białym proszkiem i zawył tryumfująco. Kilka "głodonosków" zaczęło również zacieszać, w tym Dżony i Grubaska. Zgred odwrócił się jak oparzony.
"Te, te, te, kurwa ! Satanista ! Pozwolił Ci kto ?" - Zgred rzucił się przez pokój jednym susem i wyrwał mu proszek z ręki. Gruba, Satanista i Dżony Snajper zaczęli od razu się z nim kłócić.
Powstało zamieszanie, Dżony od razu wyliczył ile kto z nas zajebie w nos i próbował się doprosić by Zgred posypał nam wszystkim. Wyciągnął portfel i zaczął się z nim rozliczać. Zgred jednak nie chciał się dzielić. Powstało zamieszanie.
Znałem już patologię na tyle że wiedziałem że przez najbliższe 3-4 minuty Zgred będzie oponował, oni będą go przekonywać, Dżony wzbije się na wyżyny krasomówstwa, padną obietnice że jutro rano dostanie tyle prochu że mu się to zwróci z nawiązką itd. Aż w końcu Zgred da się przekonać i zacznie się sypanie.
Niezmienny rytuał odprawiany przez Podludzi niczym Zdrowaśka klepana przez mohera.
Niemniej ucieszyłem się z zamieszania. Położyłem butelkę z tym niby-bimbrem na usyfionej pełnej petów podłodze. Puściłem oko to mego trzeźwego kumpla.
"My już łyknęliśmy, nie ?"
"No oczywiście że tak."
W tym czasie patologia dokończyła swe wielkie biznes plany i zaczęło się sypanie "szczurów" na upierdolonym taborecie.
Zgred przypomniał sobie o swoim bimbrze i podczas gdy Dżony i Satanista sypali (w asyście Grubej która darła na nich mordy tak jakby dzielili złoto które zajebała z Fortu Knox) podszedł do nas.
"Czemu nie pijesz ?"
"Bo już wypiłem"
"Co ty pierdolisz ?"
Podniósł butelkę na wysokość oczu i przyjrzał się jej.
"CO TY KURWA PIERDOLISZ ŻE PIŁES JAK NIC NIE UBYŁO ?"
"Uspokój się człowieku, wziąłem małego łyka na spróbowanie, dlatego ubyło mało".
Położył mi butelkę na kolanach.
"Pij kurwa tak żebym widział, teraz przy mnie."
Oho, zaczęło się. Udawałem szok.
"Coo ? O co ci biega ? Dlaczego niby ?"
"No pij kurwa !"
"Nie, mówiłem ci że jestem najebany i nie chcę już pić - wziąłem łyka dla spróbowania bo to bimber Twojej roboty i mi styknie. Czemu Ci tak zależy ?"
"NIE PIERDOL NIC NIE WYPIŁES"
Dopiero teraz ekipa która zajmowała się sypaniem kapnęła się że zaczyna się jakaś awantura.
  • Ej, daj spokój, przecież wypił, widziałem - powiedział Dżony Snajper.
  • No przecież widzę że nic nie ubyło ! Nie pił !
  • Możesz mi wyjaśnić - zapytałem, korzystając że cała uwaga się skupiła na nas - dlaczego aż tak ci zależy żebym się napierdolił ?
Zapadła cisza, Dżony uznając że kryzys już zażegnany zaczął niemrawo opowiadać coś Grubej i Sataniście, próbując rozluźnić atmosferę.
Zgred patrzył się na mnie nienawistnym spojrzeniem. "Co ty planujesz skurwielu ?" - pomyślałem sobie. Przecież wiedziałem że tak naprawdę ani przez chwilę mu nie chodziło o to bym zakosztował i ocenił jego kunszt. Wiedziałem że nie rzuci żadną odpowiedzią, wymówką usprawiedliwiającą dlaczego chce być pewien że każdy z nas się napił tego syfu. No bo co miał powiedzieć ? "Mam nadzieję że będzie w stanie umożliwiającym mi przejrzenia waszych portfeli i zgwałcenie znajomej ?"
"Dobra, tej, chuj z tobą, więcej dla nas." - powiedział Zgred. Odchodząc mruczał coś pod nosem po o ciotach co się boją pić, ale uznałem że udam niedosłyszenie tej zaczepki. Zacząłem się coraz bardziej czuć jak w surrealistycznym śnie, gdzie stado szczęśliwych lemmingów prowadzone jest na rzeź przez wilka przebranego za jednego z nich a ja jako jedyny znam prawdę, wiedząc że nikt mi nie uwierzy.
Spojrzałem na mojego trzeźwego kumpla. Miałem wyrzut do niego że podczas słownej szarpaniny o bimber milczał jak mała pipka patrząc się w podłogę, ale z drugiej strony cieszyłem się że widzę po jego spojrzeniu że ma podobne odczucia co i ja, a sprzymierzeniec, choćby i milczący, był mi teraz na wagę złota. Reszta była zajęta sypaniem.
Namawianie zaczęło się od nowa, tym razem poszło o ćpanie. Szczerze mówiąc to nawet nie wiem co to było - stawiałbym że jakaś feta najgorszej kategorii, bo o kokę to bym tych biednych robaczków nawet nie śmiał podejrzewać.
Oczywiście odmówiłem. Nie to żebym był jakimś przeciwnikiem dragów. Wszystko jest dla ludzi, to po pierwsze. Ale tak jak z alkoholem - dragi muszą być odpowiedniej jakości a sytuacja i ludzie muszą być na poziomie. Ćpać syf z brudnego taboretu w towarzystwie tych wszy to gorsze niż picie taniego jabola z menelami pod sklepem o 6 nad ranem.
Poza tym nawet gdybym był mnie wybredny to pozostaje mój brak zaufania do Zgreda.
Tym razem jednak namawianie nie było aż tak nachalnie - widocznie w głębi serc cieszyli się że więcej dla nich, a to z pewnością cieszyło ich bardziej aniżeli tamten bimber.
Uznałem że nie jest tak źle - zaraz wkręcą się w gadke a ja w tym trajkotaniu zarzucę sobie znajomą na ramię i wyjdziemy.
Niestety, Zgred podszedł nagle do nas ponownie i ku mojemu zdziwieniu zaczął szturchać ramię naszej koleżanki.
  • Hej, Królewno. Chcesz szczura ? Dawaj, zostało bo koledzy się bali, wiesz ? Chodź, weźmiesz ich porcję to będzie ci lepiej, otrzeźwiejesz od razu.
  • Daj spokój, ona tego nie chce, to po pierwsze, a po drugie to ona nie ogarnia. Nie widzisz że zasnęła ?
Zgred jakby mnie nie widział. Trzymał jej rękę na ramieniu i nadal "królewnował". Naprawdę nie chciałem by się to skończyło na rękoczynach, ale wiedziałem że : A - same słowa na niego nie podziałają. B - jak go odepchnę od niej, nawet delikatnie, to tylko na rękoczynach się to może skończyć.
Nie żebym bał sie bójki samej w sobie. Gorzej że miałem do czynienia z pijaną i naćpaną patologiczną postacią która przegrała życie. Kto wie co takiemu strzeli do łba ? Poza tym byliśmy w siedlisku takiego bydła.
Także tak, uniknięcie rękoczynów było naprawdę wysokim priorytetem. A to że gość mnie nie lubi czułem już od momentu gdy zapytał Dżonego kto z nas robił sobie jaja z Satanisty. Nie wypicie bimbru i zapytanie go dlaczego tak mu zależy pogłębiło tylko tę naszą wzajemną niechęć.
"Nie lubi Cię bo tylko ty jesteś tu na tyle ogarnięty by robić za zawór bezpieczeństwa który nie da ponieść się tej ekipie bo wie co jest grane" - powiedziała mi moja stara, dobra paranoja.
Koleżanka rozbudziła się lekko, na tyle by wyjęczeć "nie chcę" i zgasnąć ponownie. Zgred stał nad nią i zapytał jeszcze z 5 razy "czy aby na pewno" i odpuścił dopiero gdy wyjęczała coś co od biedy można było uznać za "acha".
Myślałem że da sobie spokój, ale nie - wrócił z bimbrem i usiadł na krawędzi łóżka. Tak blisko niej że dotykał ją całym bokiem swego ciała. Odkręcił butelkę i próbował jej podsunąć ją pod samą twarz. "Napij się, dawaj". Gdy nie było odpowiedzi to próbował ją znowu szturchać - tym razem szturchanie przypominało raczej klepnięcia w tyłek.
Miarka się przebrała, objąłem ją ramieniem i odsunąłem od niego na ile się dało - tak że mój trzeźwy kumpel który siedział na drugiej krawędzi łóżka niemal z niej zleciał, ja znalazłem się na jego miejscu, a ona na moim. "Kurwa mać człowieku, sam jej przed chwilą chciałeś dać fety na otrzeźwienie a teraz chcesz ją poić bimbrem ? Nie widzisz w jakim jej stanie czy po prostu chory jesteś ?"
Typ patrzył na mnie szklistym od używek spojrzeniem. Był wkurwiony nie na żarty, widziałem że ma wielką chęć po prostu mi zajebać, ale wstrzymuje się. W zasadzie to nie wiem czemu - wydawało mi się że gość był niespełnionym samcem alfa który nagle kapnął się że niczego w życiu nie osiągnął a najlepsze lata już za nim. Tacy frustraci zawsze są skorzy do walenia w ryj. Nie wiem, może nie chciał jeszcze tracić przyjaznej maski przed resztą ekipy ?
Niemniej i tak zrobił coś godnego naćpanego niedorozwoja - złapał ją za drugie ramię ... i pociągnął w swoją stronę, dość mocno. Rozumiecie ? Jak pieprzony jaskiniowiec, chciał chyba żebyśmy siłą wyrywali sobie oniemiałą kobietę, i chyba myślał że ten który wygra w tej parodii przeciągania liny będzie miał niekwestionowane prawo wbicia w nią swego fiuta.
Dobra, nie ma co zwlekać i czekać na okazję, zrozumiałem że później może być tylko gorzej. Wstałem. Zacząłem jej pomagać wstać, ale ten pijany cwel, nadal leżąc na łóżku zaczął ciągnąć ją na ten paskudny barłóg.
"Co wy robicie ? Gdzie idziecie ? Siedźcie kurwa, no co wy ?"
Wyszarpnąłem jej rękę z jego uścisku, bez agresji ale stanowczo, jednocześnie szykując się na cios na odlew, który na szczęście nie nastąpił. Mój trzeźwy kumpel pojął w lot i stanął koło mnie. Reszta zaczęła się nam przyglądać.
"Chcecie już iść ? Szkoda ..." - powiedział Dżony Snajper. Widziałem że z jednej strony mu głupio bo rozumie w co nas wpętał, ale z drugiej nie chce przynać że ci Idioci to podludzie, przecież to tylko pijackie niegroźne żarty przeciwników systemu i norm społecznych, nieprawdaż ?
Podczas gdy kolega pomagał mi prowadzić kumpelę do drzwi, Zgred wstał i stanął zagradzając je.
"Ej to jak chcecie wypierdalać to droga wolna, ale koleżanka powinna zostać. Otrzeźwieje na spokojnie jak się prześpi i posiedzi sobie z nami"
"Nie, wydaje mi się że ona ma na dzisiaj dość wrażeń, wiesz ? Powinna iść do domu" - powiedziałem i zrobiliśmy krok w stronę drzwi.
"Nie, nie powinna" odparł spokojnie.
"Ej stary ..." - zaczął Dżony
"Zamknij mordę, nie do Ciebie mówię" - rzucił mu Zgred.
Rzuciłem okiem po towarzyszach. Wiedziałem że na Dżonego niby mogę liczyć gdyby Zgred się na mnie rzucił, ale nie pocieszało mnie to. Grubaska patrzyła na nas. Była wprost obrzydliwa, wcierała sobie resztę fety w dziąsła i chłonęła nasz widok, podniecona wiszącą w powietrzu atmosferą możliwej bójki na pięści dyszała ciężko. Satanista z rozdziabioną mordą rzucał oczami od jednej osoby do drugi. Mój nietrzeźwy kumpel zgasł i nic go już nie obchodziło. Nie widziałem tylko tego który pomagał mi trzymać dziewczyną ale widziałem że się boi a ręka mu się lekko trzesię. Cóż, nie winiłem go wcale.
"Odejdź od drzwi, ona musi wyjść"
"Ty wypierdalaj ale ją zostaw"

submitted by koops6 to JBwA_SekcjaPast [link] [comments]


Co robić aby dziewczyny same Cie podrywały ? Jak rozpoznać, że dziewczyna chce być pocałowana? Żona Mnie Nie Kocha, Nie Szanuje i Chce Odejść - Co Robić? Dziewczyna Nie Wie, Czego Chce i Potrzebuje Czasu Koleżanka NIE CHCE być Twoją dziewczyną (ALE....) 8 sytuacji gdy DZIEWCZYNA chce być CHŁOPAKIEM  wyniki rozdania Dziewczyna Mnie Nie Chce i Mnie Nie Kocha - Jak Się Wyleczyć z Nieszczęśliwej Miłości?

'Kiedy powiedziała, że nie chce już być dziewczyną ...

  1. Co robić aby dziewczyny same Cie podrywały ?
  2. Jak rozpoznać, że dziewczyna chce być pocałowana?
  3. Żona Mnie Nie Kocha, Nie Szanuje i Chce Odejść - Co Robić?
  4. Dziewczyna Nie Wie, Czego Chce i Potrzebuje Czasu
  5. Koleżanka NIE CHCE być Twoją dziewczyną (ALE....)
  6. 8 sytuacji gdy DZIEWCZYNA chce być CHŁOPAKIEM wyniki rozdania
  7. Dziewczyna Mnie Nie Chce i Mnie Nie Kocha - Jak Się Wyleczyć z Nieszczęśliwej Miłości?

Z ratowaniem i naprawianiem związku jest tak, że im więcej lat zaniedbań, zabijania zainteresowania kobiety, tym jest większa tragedia. Jeden miał 6 lat związek, inny miał 10 lat, ale się ... Jeśli dziewczyna nie chce przyjść na spotkanie, to znaczy, że Cię nie chce i nie chce mieć z Tobą nic do czynienia. Kolejny krok, który weryfikuje, czy ona tylko się Tobą bawi to ... Jak wybrać dobrą dziewczynę do związku ? dlaczego ona nie chce związku ? ... O czym rozmawiać z dziewczyną - Duration: 7:58. UwodzeniewdzienTV 57,298 views. 7:58. 5 SYGNAŁÓW, ŻE SIĘ JEJ ... Dlaczego nie warto być wysokim Szczepanikov - Duration: ... Po czym poznać że podobasz się jej/jemu? ... JAK ZACZĄĆ ROZMOWĘ Z DZIEWCZYNĄ, CHŁOPAKIEM LUB LISEM? ... Dla kobiety dużo ważniejsze jest to jak się przy Tobie czuje niż to co jej mówisz. Jeśli chcesz poderwać atrakcyjną kobietę skup się na emocjach i na tym co ona czuje. https://www ... No niestety.... Taka relacja może Ci bardzo mieszać w głowie przez to nie jesteś wstanie znaleźć kogoś dla siebie. Jest ta jedna osoba która nie chce z Tobą być ale nadal ale jakoś ... Jeśli dziewczyna raz chce, a raz nie chce, raz chce się spotkać, a potem odwołuje spotkanie, raz chce być z Tobą, a potem mówi, że nie powinniście, raz spotyka się z innymi facetami, a ...